Kolekcje

Kiedy pisanie na pół etatu w Korei stało się międzynarodowym oszustwem

Kiedy pisanie na pół etatu w Korei stało się międzynarodowym oszustwem

Zaczęło się od losowego e-maila, który brzmiał jak oferta bankowa od księcia z Nigerii: „Mam propozycję biznesową, która może Cię zainteresować”.

Pochodził od koleżanki ze szkoły wyższej i dotyczył możliwości wykonania pracy, której sama nie mogła już wykonywać. Dzięki wszystkowidzącemu oku Facebooka wiedziała, że ​​mieszkam i pracuję w Korei.

Pracowałem jako „redaktor eseju”, a moja koleżanka opisała mi to w ten sposób: „Zasadniczo wysyła mi tyle esejów, ile chcę, zwykle 10-12 tygodniowo, a ja redaguję je jako native speaker angielski. Płaci dobrze, około 30 dolarów za stronę, czasem znacznie więcej, w zależności od tego, ile muszę przepisać ”. Ta „ona” była pewną „panią Kim z Seulu, której córka chodziła z moim przyjacielem do szkoły Ivy League.

Rozpoczynając niedawno drugi kurs magisterski, zaintrygowała mnie możliwość dodatkowego zarobku. Po krótkiej lawinie e-maili kilka tygodni później zacząłem pracować dla pani Kim. Wyobrażałem sobie, że będę redagował szkolne świadectwa, ale prawie wszystkie zadania były esejami wstępnymi do college'u.

Do mojej skrzynki zaczęły docierać pliki z nazwiskiem klienta i szkoły, wraz z krótkimi e-mailami zawierającymi biogramy i wyjaśnienia, co należy zrobić: „KJ Kim - chce studiować inżynierię, ale oceny nie są za dobre. Carnegie Mellon Essay # 2 - esej za długi - powtórz i zredaguj maksymalnie 500 słów ”„ S Chang: Michigan, główny niezdecydowany - pytanie nr 1 i 2, edytuj, zrób maksymalnie 250 znaków, poprawiaj esej ”.

Wiele e-maili od pani Kim mogło zostać napisanych przez LOLcat, ale zrozumiałem i zabrałem się do pracy.

Jako pisarz i profesor college'u doskonalenie esejów to zarówno rozrywka, jak i zawód - zaatakowałem tę pracę z zapałem i korzyścią, jaką zapewniał mi 14-godzinny tydzień pracy. Szybko przekonałem się, że im szybciej kończyłem pracę, tym więcej pracy kierowano do mnie. Niektóre eseje wymagały jedynie minimalnych poprawek, ale inne zostały napisane prozą tak sztywną, że „edycja” w rzeczywistości oznaczała „przepisanie”.

Próbowałem sobie przypomnieć, jak to jest mieć 18 lat i mówić o osobie, która „wywarła na mnie największy wpływ” lub o tym, „co przyniosę na kampus uniwersytetu X lub Y”. Próbowałem postawić się na miejscu kogoś, kogo pytają o sensowne chwile, będąc jeszcze zbyt młodym, by ich doświadczyć. Jeśli moje odpowiedzi nie były zgodne z podanym formularzem, były niezwłocznie zwracane do mnie - „maksymalnie 500 słów” oznaczało 500, a nie 503. Najwyraźniej eseje wstępne przesłane elektronicznie są odrzucane, jeśli przekraczają przydzieloną liczbę słów lub znaków. Szybko się nauczyłem.

Po pierwszym miesiącu pracy poznałam panią Kim i jej męża, wdzięcznie starzejącą się, nienagannie prezentowaną parę, która odebrała mnie swoim jaguarem i zabrała na kolację do luksusowej restauracji w części Seulu, znanej z tego, że jest ich pod dostatkiem. Ostentacyjne bogactwo to nowość w Korei, ale wschodząca klasa wyższa nosi swoje ozdoby całkiem wygodnie, a ponad 50-dolarowy kawałek ryby, a za nim 15-dolarowe tiramisu wielkości wizytówki, Kims i ja rozmawialiśmy o sprawach akademickich i nie.

Pan Kim, którego angielski był silniejszy niż jego żony, wyjaśnił mi sytuację wyraźniej osobiście niż jego żona za pośrednictwem poczty elektronicznej. Każdego roku para pracowała z wybraną grupą klientów („wybierz”, co oznacza „wystarczająco bogaty, by pozwolić sobie na takie stawki, jakich może zażądać ktoś z jaguarem”) i zatrudniali sześciu pisarzy.

„Wiemy, że każdy esej ma tylko jedną lub dwie minuty na przeczytanie przez komisję” - powiedział mi - „więc musi być wyjątkowy”. Martwiłem się, żeby zachować wierność przekazanym mi tekstom i tylko poprawić gramatykę. To nie była praca.

„Więc jest ok, jeśli zmienię - wszystko?” Zapytałam. Oboje skinęli głowami i uśmiechnęli się z widoczną ulgą, jakbym był ostatnią osobą, która opowiadała żart.

Kiedy przyszedł rachunek, pani Kim sięgnęła do swojej torby i wyjęła kawałek papieru - moją fakturę - oraz małą różową kopertę, która była pełna świeżych 50 000 wygranych banknotów. Szedłem do metra z równowartością 1000 dolarów w kieszeni na mniej więcej dziesięć godzin pracy, w stanie najlepiej opisanym jako „szczęśliwe niedowierzanie”.

„Czuję się trochę jak prostytutka”, powiedziałem znajomej przez telefon tamtej nocy, „ale przynajmniej jestem drogie”.

Może to było nieetyczne, ale nie klubowałem szczeniąt fok, a gdybym nie wykonał tej pracy, na pewno zrobiłby to ktoś inny, prawdopodobnie ktoś, kto nie potrafił pisać tak dobrze jak ja i nie potrzebował gotówki tak jak ja zrobił. W końcu cała moralność jest względna.

Jednak po kolacji praca szybko przybrała inny ton. „BC Lee - pilne - czy możesz poprawić do jutra?” W załączeniu był długi list z wyrzutami sumienia skierowany do Biura ds. Naukowych Carnegie Mellon, petycja o ponowne przyjęcie do programu inżynierskiego uniwersytetu od studenta, który nie zdał egzaminu.

Obejrzyj wideo: Jak Korea Północna stała się dyktaturą? (Październik 2020).