W drodze do pracy: Kopenhaga, Dania


Nigdy nie jestem rannym człowiekiem, mam raczej ciężki czas - szczególnie w weekendy - kiedy o 7 rano dzwoni budzik. Malcolm, mój kot, który domaga się wczesnego śniadania, jest podekscytowany, ale kiedy zakładam brudną parę dżinsów i trampek z dziurami przy palcach, idealnych na spacery z psami w centrum miasta, ledwo mogę pomyśleć o własnym pożywieniu.

Biorę muffinkę, garść witamin i butelkę wody, żeby wsadzić się do mojej małej listonoszki i kilka razy poklepuję się, żeby mieć pewność, że przyniosłem najpotrzebniejsze rzeczy: bilet na pociąg Klippekort, kartę kredytową / debetową Dankort, klucze.

Prowadzenie pojazdów w Danii wymaga duńskiego prawa jazdy - nie wspominając o samochodzie, który jest zwykle trzykrotnie droższy od tego, jaki byłby w Stanach Zjednoczonych, oraz „zielone podatki”, które czterokrotnie przekraczają łączną wartość - jest więc powód, dla którego wielu dojeżdżających jeździ metrem, S-tog i pociągi regionalne.

Mieszkam cztery minuty spacerem od najbliższej stacji S-tog lub około minuty na rowerze. Jeśli czuję się silny lub wiem, że będę chciał później zaoszczędzić czas, jeżdżąc na rowerze po mieście, biorę swoje koła. Odpiąłem je od stojaka na rowery za moim domem - nawet na najbezpieczniejszych przedmieściach mój partner ukradł rower przed naszym budynkiem, gruby łańcuch przeciął i zostawił jako dowód - więc teraz zawsze parkuję za naszym mieszkaniem.

Stacja Ordrup na linii C S-tog jest prawie zawsze cicha. Kiedy jadę rowerem po Schioldannsvej, żeby złapać pociąg, uderza mnie w twarz woń bzu, gdy mijam duże domy otoczone płotami z gałązek i ogromnymi krzewami. Po lewej stronie mieszkają dwa psy, jeden czarny retriever i jeden niechlujny biały kundel. Kiedy idę, często zatrzymuję się, by pogłaskać ich obu.

Latem pilnie obserwuję chodniki i ulice w poszukiwaniu ślimaków i zabójczych ślimaków, gatunku inwazyjnego, który każdego lata przejmuje wszystkie ścieżki spacerowe i podwórka na kilka miesięcy; chociaż ich nienawidzę, nie mogę ich zabić.

Czekam na jednym końcu platformy, ponieważ wagony towarowe są zwykle przymocowane z przodu iz tyłu. Kiedy przyjeżdża pociąg C jadący do Ballerup lub Frederikssund, mam około minuty na znalezienie wagonu towarowego i wepchnięcie tylnego koła roweru między uchwyty na opony. Wcześnie rano często jestem sam i siadam obok roweru, słuchając iPoda.

Przyjazd rano i siedzenie samotnie w pociągu to chyba jedno z moich ulubionych doświadczeń jako samotny introwertyk emigrantki, ponieważ w miejscach publicznych Duńczycy rzadko się komunikują, chyba że jest to absolutnie konieczne. Podczas gdy miałem swój udział w dziwnych spotkaniach z tranzytem - kobieta prosiła mnie, żebym przestał stukać w stopę i wyglądała na urażoną, kiedy powiedziałem jej, żeby przesunęła się do cichego wagonu, z którego każdy pociąg ma co najmniej jeden - uśmiech zwykle przechodzi przez daleko, tak samo jak zejście z drogi słynnym dużym wózkom dziecięcym i przekazanie kilku monet mężczyznom sprzedającym bezdomną gazetę.

„Mange tak”, mówią zawsze. Wielkie dzięki. „Det var så lidt” - odpowiadam i uśmiecham się jeszcze szerzej. Dosłownie mówię: „To była tylko drobiazg” albo nie ma problemu. Okazjonalny poranny pijak wędruje po nim z gigantyczną puszką Carlsberga dwukrotnie większą od jego dłoni, ale trzyma się z daleka, opadając na jedną z pluszowych niebieskich ław. Nauczyłem się odwracać wzrok, już nie oszołomiony, widząc kogoś pijanego o tak wczesnej porze.

Po drodze przejeżdżamy przez piękne przedmieścia: domy ambasad ze wspaniałymi flagami i zamożne domy emigrantów z nieskazitelnie wypielęgnowanymi trawnikami za kamiennymi murami w Hellerup wywołują mieszankę niepokojącej zawiści i tęsknoty. W letnie niedziele tętniący życiem pchli targ Charlottenlund to pierwszy widok na wycieczce, wypełniony koszami z plastikowymi zabawkami dla dzieci lśniącymi w słońcu, sukienkami na wieszakach przymocowanych do ogrodzenia z łańcuszków wiejących na wietrze; wracając jeszcze kilka godzin później, wcześniej ruchliwy żwirowy parking jest strasznie opuszczony.

W dalszej części podziwiam wyszukane litery z bąbelkami i napisy z graffiti na stacjach kolejowych Svanemøllen i po bokach stacji Østerport. Kiedy schodzimy pod ziemię, wiem, że czas wstać, strząsnąć rower z bagażnika i agresywnie ruszyć w kierunku drzwi, które wkrótce będą wypełnione ludźmi próbującymi dostać się do środka, a nasze, jak najszybciej, nieważne. rzeczywisty tłum lub porę dnia. Wyjście z pociągu może być totalnym bólem głowy, gdy ludzie pchają się bez powodu, i ogólnie cieszę się, że mój rower powstrzymuje co najmniej kilka osób mi z drogi.

Moim celem, stacja Nørreport, jest połączenie wszystkich trzech typów pociągów. Kiedy nie mam siły, by wnieść rower na dwa piętra po schodach, zjeżdżam nim na drugi koniec platformy i zjeżdżam windą na parter. Walczę z innymi rowerzystami i matkami o miejsce w maleńkiej windzie, która niezmiennie cuchnie rozlanym piwem - dwa rowery, jeden wózek, jeśli mamy szczęście wcisnąć to wszystko na raz - a kiedy już docieram do ziemi, idę rowerem po bruku, obok sprzedawców warzyw i kwiatów oraz mobilnego wózka z hot dogami Polser.

Nie przestrzegając kilku zasad, wskakuję na rower na środku przejścia dla pieszych i ruszam wokół zaspanych pieszych, używając tylko klaksonu mojego gigantycznego dziecka, aby odstraszyć ludzi, którzy wchodzą na pas rowerowy bez powodu i ostrzeżenia. Inni rowerzyści, którzy wyjechali tak wcześnie, wyglądają na tak zebranych, kobiety niezwykle piękne, z włosami na czubkach głów i dużymi, workowatymi warstwami ciemnych kolorów na eleganckich rajstopach i legginsach, ale ja zasilam moje dżinsy i flanelę.

Z mojego cichego przedmieścia Ordrup po już tętniące życiem ulice Nørrebro, jeśli przyniosę rower, spotkanie z klientami z psami zajmuje mi dokładnie 18 minut. I nawet jeśli jazda na dwóch kółkach do domu zajmie mi powolne 40 minut, jeśli pogoda na północy będzie współpracować, po prostu skorzystam ze słońca.


Obejrzyj wideo: POJECHAŁA Z JEDNĄ PARĄ SKARPETEK - Praca w Danii #3


Poprzedni Artykuł

Alaska kocha Sarah Palin… prawda?

Następny Artykuł

Bakterie: nowa alternatywa dla benzyny